poniedziałek, 6 lutego 2017

Czy za tą ulicą to już zagranica?



Każdy kiedyś zadaje sobie pytanie, co chciałby robić w życiu. Jedni robią to wcześniej i szybko dostają odpowiedź (szczęściarze), inni długo nie wiedzą i chwytają się różnych prac a jeszcze inni chcą po jakimś czasie przebranżowić się.

Dlatego właśnie wybrałam się do opisanego tydzień temu PUP-u. Po przegranej walce z biurokracją wyszłam zrezygnowana, ale nie dałam za wygraną. Skojarzyłam, że musi być ktoś taki, jak doradca zawodowy. Z nieśmiałą nadzieją zadzwoniłam do PUP, ale otrzymałam informację, że bez rejestracji nic nie mogę u nich wskórać. Na szczęście po drugiej stronie telefonu była jakaś dobra dusza i odesłała mnie do Wojewódzkiego Urzędu Pracy. Telefon tam tchnął we mnie trochę nadziei, bo bez problemu umówiono mnie na spotkanie a jedyne czego potrzebowano to mój numer PESEL.

Poświęcono mi kilka godzin. To oczywiście moje subiektywne odczucie, ale poczułam się tam zaopiekowana, dowartościowana. Uzyskałam to, na czym najbardziej mi zależało. W każdej chwili mogę umówić się by omówić ważne dla mnie sprawy związane z pracą a już pierwsze spotkanie zaowocowało konkretnymi działaniami.

Mając w pamięci wizytę w PUP, rozglądałam się po WUP i zastanawiałam się, jak to możliwe, że obie instytucje dzieli przepaść. Spojrzałam na szarą ul. Pogodną i nie dostrzegłam żadnej głębokiej wyrwy. Nawet koleiny nie widziałam (aczkolwiek mogę się mylić).
Obrzuciłam wzrokiem najbliższą okolicę. A nuż będzie jakaś tabliczka z napisem „Tu zaczyna się cywilizowany świat“ lub coś w tym stylu. Nic nie było.
Oba urzędy są usytuowane naprzeciw siebie. Może nowy budynek wpływa podświadomie na ludzi tam pracujących, że potrafią patrzeć inaczej na człowieka i - najważniejsze - fachowo mu pomóc? Możecie sobie mówić, co chcecie, ale wychodząc z WUP pomyślałam sobie: o, tu spotkałam profesjonalistę.

Nie, nie dostałam konkretnych ofert pracy, ale otrzymałam to, na czym najbardziej mi zależało - fachowe doradztwo, skierowanie do odpowiedniego programu. Po testach mogliśmy zawęzić obszar poszukiwań, bo już wiedziałam, do czego bardziej się nadaję a do czego w ogóle.

W życiu ważne jest by zdać sobie sprawę z wielu rzeczy, ale jedną z najważniejszych jest ta, że nikt nie zrobi czegoś za ciebie. W ważnych, życiowych sprawach trzeba wziąć odpowiednio byka za rogi i pokonać go. Dotyczy to samorozwoju, nałogów i wielu innych spraw, w tym szukania odpowiedniej pracy. Owszem, może pomóc szczęśliwy przypadek, jednak nie ma co czekać z gębą na pączki, trzeba działać, bo nigdy nie wiadomo, na ile to był łut szczęścia a na ile skutek naszych działań. Jednak przyda się pomoc. Może nikt nie poprowadzi za rękę, ale np. wskaże kierunek, gdzie może warto pójść. 

Obecnie cierpimy na zalew informacji. Trudno odsiać, znaleźć coś konkretnego a w innym przypadku możemy nie zdawać sobie nawet sprawy z tego, że istnieje coś/ktoś, kto może nam bardzo pomóc. Dlatego jestem wdzięczna bardzo miłej i niesamowicie kompetentnej pani z WUP, bo nawet nie wiedziałam, że są takie możliwości. jakie są.
Jeśli zależy komuś na znalezieniu swojej ścieżki kariery zawodowej a nie potrzebuje ubezpieczenia zdrowotnego, adres WUP-u wydaje się być odpowiednim.
Tej instytucji na pewno bym nie zaorała.

Z bardziej optymistycznym spojrzeniem w przyszłość
Basiek May-Chang

czwartek, 26 stycznia 2017

Moje rendez-vous



„A może coś mi doradzą? W czymś mi pomogą?“ pomyślałam optymistycznie wybierając się do Powiatowego Urzędu Pracy. Bo ileż można wychowywać dzieci łapiąc w tzw. międzyczasie różne umowy zlecenia. A z pisania zarobiłam 30 zł 15 lat temu, tworząc jeszcze na studiach opowiadanie o Układzie Słonecznym. Żaden ze mnie szczur, nie umiem się ścigać z całą rzeszą copywriterów. Na szczęście mam wiele zalet. Bystra, słowna, solidna, o wielu talentach. Normalnie człowiek renesansu a takim teraz najtrudniej. Jednak żadnej pracy się nie boję.

Po samodzielnym szukaniu postanowiłam dać szansę wyżej wspomnianemu urzędowi. W końcu trzeba zwiększyć swoje szanse. Nie zniechęciła mnie nawet kosmiczna ankieta, którą wypełniłam online. Nie byłam na studiach dobrym programistą, chociaż zdarzały mi się momenty, np. w obliczu egzaminu poprawkowego, ale ci informatycy, którzy stworzyli ten koszmarek na stronie PUP, dawniej mogliby być posądzeni o skończenie studiów dzięki łapówkom. Pomijam radosną twórczość jeśli chodzi o listę umiejętności i zawody, ale sama konstrukcja tych list woła o pomstę do nieba. „Kazałbym tym informatykom wypełnić te ankiety po 100 razy“ stwierdził mój mąż, czynny i bardzo dobry informatyk.
Udało się! Umówiłam się na konkretny termin, bo chociaż umiem czekać matki są ćwiczone przez dzieci w cierpliwości), to nie widzę sensu podziwiania płytek terakoty w poczekalni, gdy można się zapisać online.
Poszłam zabierając świadectwa ukończenia szkół.

Chciałam być biała kartą. Chciałam dobrać do swoich umiejętności i zdolności pracę, która będzie dla mnie. Chciałam zacząć nowe, zawodowe życie.
Zażądano ode mnie tak absurdalnej ilości papierów, że patrząc na te komputery na biurkach, zastanawiałam się, ile to kasy wyrzucono w błoto na informatyzację urzędów i po co one żrą prąd. Pani powinna kilkoma kliknięciami sprawdzić, gdzie byłam zatrudniona, czy i ile posiadam ziemi itp. itd.
Przede mną stanęła wizja biegania po mieście i proszenia byłych pracodawców o zaświadczenia, że kiedyś coś im tam robiłam. Żeby tylko miasto! Współpracowałam z firmami  z różnych miast Polski! A że posiadam kawałek ziemi, czekała mnie wyprawa do jednej z gmin.

Popatrzyłam na panią siedzącą przy komputerze i zapytałam „A w ogóle warto się tu rejestrować?“ Pani popatrzyła na mnie i nie potrafiła udzielić jednoznacznej odpowiedzi.
Wyszłam, obejrzałam się na Bogu ducha winny budynek i mruknęłam do siebie „zaorać!“

Z tego co wiem, mnóstwo różnych funduszy idzie na różne szkolenia (usłyszałam, że może się załapię a może nie), staże (słabo płatne i dostanie graniczy z cudem). Mnóstwo pieniędzy idzie na pensje dla całej rzeszy pracujących tam urzędników. Źle ludziom nigdy nie życzę, ale chciałabym aby nastąpiła zamiana ról. By ci wszyscy tworzący te absurdalne przepisy, bazy danych i wszystko inne, głupie i nielogiczne, przyszli do urzędu szukając wsparcia, pomocy a przede wszystkim pracy.
Dlatego jestem całym sercem za postulatem ruchu Kukiz '15 by zlikwidować PUP-y (zabawnie wyszło z tym skrótem). Czytając ich propozycje dowiedziałam się, że państwo obecnie wydaje na to 12 miliardów złotych rocznie! Za co??? Chyba za ukrywanie bezrobocia dzięki zatrudnianiu tej rzeczy nieefektywnych urzędników.

Kukiz '15 proponuje ponadto:
- wprowadzenie powszechnego ubezpieczenia zdrowotnego bez potrzeby rejestrowania się w PUP;
- przeniesienie form aktywizacji zawodowej na poziom gminy i włączenie ich w narzędzia pracy pracownika socjalnego – likwidacja PUP;
- usługi pośrednictwa pracy rozliczane za efekty. Zlecenie na zewnątrz tej usługi i płatność za konkretny efekt.

Bardzo mi się to podoba, bo w praktyce wychodzi, że znacznie taniej i efektywniej jest zlecić coś firmie niż mielić machiną państwową.

Biorąc pod uwagę, że to (być może) pieśń przyszłości a teraźniejszość rządzi się swoimi prawami, trzeba przywołać starą zasadę „umiesz liczyć, licz na siebie“ i kontynuować orkę na polu pod nazwą „rynek pracy“.
Tak więc, gdyby ktoś potrzebował sprawnych rąk wraz ze sprawnym umysłem do pracy, z całą lista innych zalet to proszę dać znać, nie pogniewam się nawet za pół etatu, bo jednak polski rynek czytelniczy to nie Ameryka i teraz doskonale rozumiem, dlaczego nasi pisarze przymierali głodem.

Mimo wszystko z optymizmem
Basiek May-Chang

(zdjęcie: Concord90 - pixabay.com)

środa, 18 stycznia 2017

Podmiana



Przychodzi pijany Nowak do domu. Usiadł przy stole , odwaga go szarpnęła tak na 300% i jak walnie pięścią w stół:
- I kto w tym domu rządzi!?
A tu żona ŁUP go wałkiem w łeb.
- No co, zapytać nie można? - Nowak na to ugodowo.

Obserwując kabaret serwowany nam od jakiegoś czasu przez naturszczyków z Wiejskiej aż korci by złapać wałek do ciasta i zdzielić po tych fruwających w oparach absurdu łbach.
Właściwie lata naszej wolności wyglądają jak taniec pijanego na dawnej, wiejskiej zabawie. Krok do przodu, dwa do tyłu, jakieś trudne do zidentyfikowania pląse, bo czy to jeszcze taniec, czy napad jakiejś choroby? Cud, że to się jako tako trzyma kupy, chociaż niektórzy jakiś czas temu wspominali coś o kamieni kupie.

Od zawsze przyglądam się „co tam panie w polityce“ i od lat zadaję sobie pytanie - dlaczego nie wdraża się u nas rzeczy, które świetnie sprawdziły się w innych krajach? Jest takie powiedzenie: uczmy się na błędach innych, bo na naukę na swoich może nie wystarczyć nam czasu. Przecież ci wszyscy eksperci doradzający ministrom muszą rozglądać się po świecie, czytać, obserwować to i owo. Nie jesteśmy jedynym krajem mającym system emerytalny, służbę zdrowia, podatki i cały ten majdan. Wiadomo, że różne kraje różnie sobie z tym radzą, ale przecież są takie, które robią to dobrze. Można podpatrzeć to i owo, zastanowić się, jak wyglądałoby to na naszym gruncie, dostosować i wprowadzić ku zadowoleniu innych.

Jeśli widzę, że mój sąsiad świetnie zarządza swoją firmą to czy jest jakiś zakaz zastosowania jego metod na moim podwórku? Czy koniecznie na złość babci muszę odmrozić sobie uszy?
Przecież jest tyle wypracowanych przez innych, dobrych rozwiązań. Nie muszę ślepo stosować wszystkiego z jednego państwa. O, kraj A ma dobre to i to, warto rozważyć takie zastosowanie u nas. Kraj B od lat z powodzeniem stosuje takie rozwiązanie, spróbujmy i u nas, bo mamy podobne warunki.
Jeśli nie jest się w stanie wykrzesać z siebie dobrych, nowatorskich rozwiązań, co złego jest w zapożyczaniu od innych?

Wróćmy jednak do Nowakowej z wałkiem. Obserwując całą tę g*wnoburzę w Sejmie (coś się ostatnio rozpolitykowałam) przyszła mi do głowy pewna myśl. Posłowie trochę zarabiają i nie sądzę, by zarządzając swoim domowym budżetem mieli równie duży deficyt co ten, który przyklepują w Sejmie. Ktoś w ich rodzinach kontroluje przychody i wydatki żeby wszystko grało, więc może zamiast posła X niech w parlamencie zasiądzie ta osoba, czyli np. jego żona, bo NIE WIERZĘ, że człowiek, który zgadza się na rażącą niegospodarność w kraju, potrafi ogarnąć coś poza kocią kuwetą. 
Nie wiem, kto zarządza gospodarstwami pań posłanek, może ich gosposie? Zostawiam ten temat do dyskusji i nie ukrywam, że czekam na inwencję twórczą czytelników.

Od lat ogarniam kocie kuwety, domowy budżet spokojnie spoczywa w moich rękach i dotychczas nigdy nie wkroczyła nań mężowska kontrola. Nasz roczny deficyt w postaci niewielkiego debetu na koncie nie wystarczyłby na osławione ośmiorniczki. Gdy trzeba, zaciska się pasa, gdy są środki, jest czas na inwestycje. Samo życie. Prawda?
A może po wyborach a przed zaprzysiężeniem posłów zrobić im test? Dać 2 tys. zł miesięcznie żeby jeden z drugim za to przeżył? Zapłacił czynsz, rachunki za prąd, gaz, telefon, kupił jedzenie i wszelkie niezbędne rzeczy a przy okazji przyjrzał się, ile musi oddać w formie podatko-haraczu. Oczywiście po każdym miesiącu musiałby się rozliczyć co do złotówki. I nie ma mowy o korzystaniu ze swoich środków!
Jeśli przeżyje 3 miesiące takiej próby, można zaprzysięgać.
I tak miałby od nas lepiej, bo dostałby te pieniądze a my musimy je ciężko zarobić.

Z zacięciem gospodarczym
Basiek May-Chang

(zdjęcie ze zbiorów Centralnego Muzeum Włókiennictwa)

niedziela, 8 stycznia 2017

Totalna dewaluacja



Kilka lat temu, pierwszy raz zajrzałam do zadań maturalnych z matematyki. Nie wiem czego się spodziewałam, ale to, co zobaczyłam, zaskoczyło mnie.
„Cholewa jasna, przecież takie zadania rozwiązywaliśmy w ósmej klasie przygotowując się do olimpiady przedmiotowej!“ nie dość, że pomyślałam sobie głośno to jeszcze podzieliłam się tym z otoczeniem. Otoczenie smętnie pokiwało głowami.

Wtedy na dobre dotarło do mnie to, że wykształcenie nam się zdewaluowało. Mnóstwo ludzi ma dyplomy tylko są one g*wno warte. Mogłam się o tym przekonać obcując ze znacznie młodszymi współpracownikami. I nie chodzi tu o jakieś wywyższanie się, umiejętność rozwiązywania równań różniczkowych (sama wywaliłam to z pamięci jak wiele innych, zbędnych teraz rzeczy). Chodzi mi o rozsądek, logikę, wyobraźnię. Młodzi ludzie mają wokół mnóstwo elektroniki, potrafią się nią posługiwać, ale już nie mają pojęcia jak to działa, nawet tak ogólnie.
Mam wrażenie, że im więcej techniki, tym mózgi większości przestają myśleć. Paradoksalnie powoduje to ogłupienie większości. Powstają z nas takie tresowane pieski Pawłowa - jak nam urządzenie „zagra“ tak do tego „tańczymy“. Coraz trudniej o chwile refleksji. Bodźce atakują nas zewsząd. Pędzimyyyyyy... i głupiejemy.

Nie powinno mnie tym samym dziwić to, co widzę w mediach. „Sześciu króli“ tak weszło do naszego słownika, że podobno księża zaczynają się przejęzyczać. Może dzięki temu nie wejdzie do obiegu czwarty król - Belzebub, którego wymienił niedawno jeden z posłów PO, sześciu jednak brzmi zabawniej niż czterech z posępnym demonem.

Starzeję się pod pewnymi względami. Nadal potrafię bawić się lepiej bez kropli alkoholu niż obecna młodzież po dopalaczach (jeśli w ogóle przeżyje takie doświadczenie), ale stałam się chyba bardziej wymagająca. Wychowałam się w zupełnie innych czasach. Z jednej strony cenzura, bardzo realna groźba represji za mówienie pewnych rzeczy a z drugiej pewne standardy. Dyplom magistra znaczył wiele, bo na studia nie było łatwo się dostać i je skończyć. Telewizja smutna. W teleturniejach liczyła się głównie wiedza, często ogromna (Wielka Gra), nikt nie wypinał tyłków, nie gził się w kąpieli z bąbelkami a dziennikarze nie przerywali rozmówcom.

Nie tęsknię do jedynego programu TVP, który ściągała nasza antena, ale tęsknię do pewnych standardów dziennikarskich a może bardziej do pewnej kultury. Nie potrafię obecnie oglądać i słuchać programów publicystycznych, bo przerywających ludzi mam ochotę chwycić mocno za ucho i wyprowadzić ze studia. Nie cierpię przerywania wypowiedzi, przekrzykiwania się, bo program staje się nieczytelny i oglądanie staje się stratą czasu. Napastliwy ton prowadzących, przerywanie w dogodnym dla siebie momencie by chwycić za coś wyrwanego z kontekstu. Przecież takie coś nie ma w ogóle sensu!

Wracając do sześciu króli i czwartego, czyli Belzebuba. Nikt nie pozjadał wszystkich rozumów świata, chociaż trzej królowie funkcjonują od dwóch tysięcy lat i trochę dziwne, gdy ktoś nie zna ich liczby, ale... Dobra, ktoś nie wierzy w Boga, nie interesuje go religia ani nawet historia, zdarza się. Dlatego nie rozumiem tego brnięcia w śmieszność. Co, kłania się system testów w edukacji? A nuż może trafię prawidłową odpowiedź?

Wiem,  nie ma co wymagać od polityków pewnych rzeczy. Może kogoś to oburzy, ale moim zdaniem polityk to taki ktoś gorszy od pań negocjowalnej profesji. Jeśli gdzieś natykamy się na takie panie to przynajmniej wiemy z kim mamy do czynienia a spotykamy polityka, taki porządnie ubrany ktoś. Ładnie skrojony gajerek, czysta koszula, lepiej lub gorzej dobrany krawat. Czar pryska, gdy taki otwiera usta lub śledzi się jego „dokonania“.
Wiem, że wszechobecne spodnie typu rurki nie współgrają z tym, ale miej człowieku jaja by powiedzieć - proszę wybaczyć, ale jestem niewierzący i nie znam imion króli (w odniesieniu do Trzech Króli używa się tej formy jako archaizmu, bo normalnie użylibyśmy „królów“), proszę wybaczyć, ale nie leży to w gestii moich zainteresowań itp.  A tak, są z głupich wypowiedzi osób publicznych jaja jak berety i  tematy do kolejnych memów.

Ktoś niedawno powiedział, że nie dziwi się, że obecne kabarety są takie słabe, bo politycy zawłaszczyli sobie tę sferę i zastąpili kabareciarzy. Nie sposób nie zgodzić się.

Zdewaluowało nam się bardzo wiele istotnych rzeczy. Niby przyzwyczajali nas do tego od 25 lat a prym wiódł naczelny elektryk kraju twierdząc np. że są plusy dodatnie i plusy ujemne (chyba nie stosował swoich teorii wykonując wcześniej swój zawód, bo nie miałby teraz w dorobku tylu tysięcy memów tylko grób z informacją o śmierci wskutek nieszczęśliwego wypadku przy pracy), ale jednak dziwnie obserwować ludzi, którzy mają istotny wpływ na nasze życie a jednocześnie mają mniejszą wiedzę i kulturę od pani Gieni z mięsnego. 
Pani Gienia doskonale umie liczyć pieniądze i chociaż nowoczesne kasy pokazują jej ile ma wydać reszty to ona i tak wie swoje, bo elektronika może czasem nawalić a kto jej pieniądze potem odda? Pani Gienia zna się na ludziach, jeśli czegoś nie wie to nie chlapie językiem, bo nie lubi kompromitować się. Pani Gienia wie, że jeśli oszuka klienta, to on nie wróci a jeśli oszuka na fakturze, to nie dostanie więcej towaru. Pani Gienia ma po prostu charakter, normy moralne i jaja by tego przestrzegać. I nawet gdyby nosiła rurki to nie przeszkodziłby by jej w posiadaniu tych jaj.

Basiek May-Chang
(też z jajami)

(grafika - pixabay.com)

piątek, 9 grudnia 2016

Konkursowe demony



„Wielki koncert kolęd w wykonaniu gwiazd w kościele na Dziesięcinach!“ zgodnie zagrzmiały jakiś czas temu regionalne media. Wzmogłam swoją czujność, bo primo - kościół na Dziesięcinach jest jeden i stoi kilkaset metrów od mojego domu a drugie primo - niektóre gwiazdy chciałabym bardzo usłyszeć na żywo skoro będą tuż obok. Zwieńczeniem wyliczanki „primo“ niech będzie to, że po prostu lubię kolędy.

Przeszłabym się z chęcią na ten koncert skoro już wszyscy zamierzają do mnie, prawie do domu zjechać i jeszcze telewizja ma to kręcić - westchnęłam w duchu. Podobnie pewnie pomyślało sobie kilka tysięcy osób a kościół nie z gumy.
Wejściówki! Co zrobić by je dostać, kupić. ZDOBYĆ.

Były do wygrania w konkursie prowadzonym przez Wschodzący Białystok - portal miejski. Konkurs zapowiedziany na konkretny dzień. Danego dnia nawet dali cynk w jakich godzinach będą pytania.
Wzmogłam czujność i tak zaplanowałam pracę by mieć oko na profil. Godzina 13 i... poszły konie po betonie! Prawie, że czując na plecach oddech setek konkurentów, piorunem skomponowałam maila z odpowiedziami i srrru. Poszło. Teraz trzeba było tylko czekać.
Uda się, nie uda, zobaczymy.

Następnego dnia dostałam maila z zaproszeniem do odebrania podwójnej wejściówki. Na tym sprawa byłaby zakończona i nie pisałabym o tym teraz, ale przejrzałam komentarze pod konkursem. Ludzie są w pewnych sprawach po prostu niezawodni. Trzeba przyznać, że gdyby nie ludzkie wady, nie byłoby o czym pisać w felietonach.

Od dawna widzę, że część ludzi mając do czynienia z konkursami pozbywa się nawet cienia własnej godności.

Już mając naście lat, zaczęłam dzwonić do naszego regionalnego radia w sprawie konkursów. Był czas, gdy moja siostra, mieszkająca na drugim końcu regionu, dzwoniła i mówiła - „znów mi znajomi donieśli, że coś wygrałaś“. Fakt, nazwisko panieńskie miałam bardzo niszowe i od razu było wiadomo, że ta, co wyczytali w radiu to ja, bo druga mieszkała w dawnym kieleckim (pozdrawiam ciocię). Nie jestem jakąś namiętną konkursomaniaczką. Miałam i mam wieloletnie przerwy. Można powiedzieć, że mam takie zrywy konkursowe a potem mam dość, machnę ręką i cisza. Jednak zdobyłam przez to pewne doświadczenia i miałam okazję zaobserwować wiele ciekawych rzeczy.

Można zaryzykować stwierdzenie, że jeśli chcesz naprawdę poznać człowieka to niech weźmie udział w jakimś konkursie. Polecam kobietom testowanie w ten sposób kandydatów na mężów i vice versa.

Wartość nagród jest nieważna, bo widziałam tony jadu wyrzucane przez kogoś, komu nie udało się wygrać np. książki lub zdobyć biletu do kina.

Nie jestem matematycznym orłem. Gdyby wskaźnik obecnej mojej wiedzy z tego przedmiotu był potrzebny do rozłożenia skrzydeł to mogłabym ostro przygwoździć dziobem w glebę. Jednak mam wyobraźnię i wiem, że wygrana we wszelkich konkursach i loteriach to po prostu uśmiech szczęścia a nie nagroda gwarantowana. Owszem, jest smutno a im lepsze nagrody tym smutek z porażki większy, ale co zrobić, jak nic nie można zrobić. A nie, można pisać pod adresem organizatora zjadliwe komentarze w internecie. O jego pociotkach, którzy na pewno wygrali kosztem biednych, anonimowych uczestników, o dziwnych zasadach i szemranym przeprowadzeniu losowania, czy kto co tam jeszcze wymyśli. Ale czy warto?

Nie powiem, gdy kilka lat temu, w loterii mieszkaniowej pewnej lokalnej gazety, na tysiące nadesłanych kuponów wyciągnięto akurat ten z nazwiskiem rzecznika bardzo znanej instytucji, mój wskaźnik podejrzliwości powędrował wyżej niż w przypadku śmierci gen. Andersa lub katastrofy smoleńskiej. I muszę żyć z tą niepewnością, chociaż chcąc być uczciwym, trzeba dopuścić myśl o tym, że to jednak łut szczęścia a nie ustawka. To samo z nagłośnioną jakiś czas temu loterią paragonową.

Nie lubię szarpać się z czymś niewidzialnym, czego nie jestem w stanie pokonać, więc w takich momentach macham ręką, gratuluję wygranym i idę dalej. Tym razem nie udało się, więc mówi się trudno i żyje dalej.

Tak samo byłoby w przypadku wejściówek na koncert kolęd. Nie powiem, bardzo mi zależało, ale gdybym nie dostała informacji o wygranej, nic by się nie stało. Chwila smutku i idziemy dalej.
Ludzie, bo trzeba mieć w sobie klasę. Pocieszeniem jest to, że można się jej nauczyć. Nie żartuję, piszę na własnym przykładzie ;)

Szykująca obecnie pracę do konkursu "Gwiazdka z książką"
Basiek May-Chang

(zdjęcie: RyanMcGuire/pixabay)

poniedziałek, 21 listopada 2016

Kuwety dla gołębi



Moje dzieci miały swego czasu tzw. fazę na malowanie kredą po chodniku. Dokładnie wypełniały wesołymi kolorami kolejne kostki polbruku. Przychodził deszcz, zmywał kredę, wiatr osuszał a one znów wychodziły i zamalowywały kilka metrów kwadratowych betonu. Standard. Cieszyło mnie to, bo miałam je z głowy na długi czas a do tego mogłam zdalnie pilnować. Wystarczył rzut oka za okno. Moją radość mąciła obawa, co na te malunki powiedzą sąsiedzi, ale nikt nie zgłaszał uwag. Prawidłowo. Kiedyś też bazgraliśmy kredą po chodnikach, chociaż mogliśmy pomarzyć o tylu kolorach, które są dostępne obecnie.

Niedawno okazało się, że moja nadgorliwa wyobraźnia okazała się przy okazji jasnowidzem tudzież wykazała się znajomością natury ludzkiej, bo rodzice pewnej Julki z Białołęki dostali kartkę z prośbą o posprzątanie chodnika. Niektórzy „sąsiedzi“ są po prostu niezawodni.

Do pieca dorzucili nasi, gdy lokalne media obiegło zdjęcie kartki, na której dyrektor przedszkola prosi o nie korzystanie z placu zabaw po 16.30, ponieważ hałasy bawiących się dzieci są „źródłem dyskomfortu“. Pani dyrektor wywiesiła tę kartkę by sprowokować dyskusję, bo od jakiegoś czasu wspólnota zasypuje ją skargami. Przeszkadzało pianino, więc je gdzieś przenieśli. Potem przyczepiono się do dzieci na placu zabaw.

Od lat, chodząc po mieście, widzę na różnych osiedlach tabliczki zakazujące gry w piłkę. Każdy większy, trawiasty plac sprzedawany jest deweloperom pod nowe bloki. Właśnie patrzę przez okno na jeden z nich, gdzie koparka ryje wykop pod siedmiopiętrowy punktowiec. Taki w sam raz do niskich bloków, bo przecież u nas nie można normalnie.
Betonstok zobowiązuje.

Od lat mówi się o tym, że dzieci i młodzież mają coraz mniej ruchu. Siedzą tylko przed konsolami, komputerami i nad komórkami czy tabletami. Psują wzrok, tyją i niszczą swoją przyszłość krzywiąc kręgosłupy.
A gdzie mają biegać skoro pod blokiem jest wąski skrawek zieleni, z jednej strony parking, z drugiej strony parking a zaraz za tym kolejny blok? Betonu nie wolno malować, z kocykiem na skrawku trawnika też nie można, pobiegać też nie, pokrzyczeć. Jak żyć?

Śmieszyły mnie kiedyś doniesienia z kraju, że wspólnoty zakazują wywieszania prania na balkonach. Już się nie śmieję, tylko czytam lub słucham z rozdziawioną buzią i zastanawiam się, co jeszcze ludzie potrafią wymyślić. Ktoś pomysłowo skomentował wieści o hałasujących przedszkolakach, że niedługo gołębie będą musiały załatwiać się do kuwet. I chociaż, jako niedawna ofiara ptasiej defekacji, przyklasnęłabym dla pomysłu z nauką korzystania z kuwety, to po prostu sprałam z kurtki co trzeba i zadumałam się nad naturą ludzką.

Już dawno twierdziłam, że niektórzy ludzie powinni mieszkać w dalekiej głuszy, ale po ostatnich doniesieniach mam wątpliwości, bo pewnym ludziom przeszkadza po prostu WSZYSTKO, więc w głuszy zapewne przeszkadzałby im śpiew ptaków. Może nawet wywiesiliby kartkę, że te mają nie śpiewać w godzinach między 20 a 8 rano?

Tymczasem mieszkańcy Białołęki propagują akcję wspólnego malowania kredą z dziećmi, niektórzy deklarują, że będą malować buraki. Mam nadzieję, że nasze przedszkolaki dadzą czadu na placu zabaw i pokażą, na co stać ich płuca.

Na wsiach kiedyś był zwyczaj sylwestrowego malowania popiołem okien w domach, gdzie mieszkały panny na wydaniu. Może warto byłoby przywrócić go na gruncie miejskim? Niektórym mieszkańcom wspólnot przydałoby się coś takiego. Nie musieliby patrzeć na wesołe, dziecięce obrazki, pranie sąsiadów schnące na balkonach i inne, podobne rzeczy wpisane w normalną codzienność. Chociaż niektórym, jak pokazuje życie, trzeba byłoby zabić okna na głucho.
Szanowni „Niezadowoleni“, stepy Kazachstanu stoją przed Wami otworem! Może tam w końcu poczulibyście, co jest rzeczywiście dyskomfortem.

zdjęcie: chraecker - pixabay

piątek, 28 października 2016

Dziwacy




Każda wieś ma swojego dziwaka. Moja rodzinna miejscowość jest duża, więc miała ich kilku w czasach mojego dzieciństwa. Niektórych ludzie omijali, na widok jednego pukali się w czoło a takiej jednej nawet się bali, więc obchodzili jeszcze szerszym łukiem. O, tej kobiety również się bałam. Gdy jechała przez wieś rowerem, z tą swoją groźną miną zza okularów (prawdopodobnie wskutek krótkowzroczności), spylałam za jakiś gęsty płot, tylko kurz za mną leciał. Po latach próbuję ją sobie przypomnieć. Co robiła takiego, że wzbudzała strach? Wymieniłam groźną minę (to był zdecydowanie efekt krótkowzroczności, mrużenie oczu), fakt, ale co jeszcze było w niej takiego? Nie pobiła nikogo. Chyba. Nie zastraszała. Na pewno nie. Tak więc co?


Mówiła zazwyczaj to, co inni mieli w zwyczaju szeptać po kątach. Klęła jak szewc, ale była przede wszystkim mistrzynią w wyciąganiu trupów z szafy. Nie liczyła się z nikim i niczym. Żyła na uboczu, nie tyle wsi, co społeczności. Nie można było mówić o jakiejkolwiek zażyłości z kimkolwiek.
Co było najzabawniejsze, jej córki bało się chyba prawie całe grono pedagogiczne naszej szkoły. Też waliła z grubego działa, ale chyba nie klęła. Była jednym z najzdolniejszych uczniów w historii szkoły. Niesamowicie inteligentna. Kiedyś podręczniki do następnej klasy dawano przed wakacjami a mało kto wyjeżdżał na wczasy, więc ona czytała od deski do deski wszystkie książki. Zaginała bez problemu większość nauczycieli. Niektórzy bledli na myśl o lekcji z jej klasą. Trzymała się również na uboczu.

W mieście też są dziwacy. Statystycznie patrząc, zapewne jest tu niezłe zagęszczenie takich ludzi, ale z racji luźnych relacji sąsiedzkich, zaniknięcia czegoś takiego jak wspólnota (ale nie moja „ukochana“ wspólnota mieszkaniowa) ludzka, nie rzucają się tak w oczy.

Swego czasu dokonałam nie lada czynu, bo dostałam łatkę dziwaczki tu, w mieście. Owszem, jeżdżę rowerem ulicami. Okularów nie noszę, groźnych min nie robię. Jedynie jesienią i zimą zasłaniam twarz chustką od wiatru aż pod oczy. Klnę tylko na papierze, więc cóżem takiego uczyniła? Na zebraniach szkolnych, w pierwszym roku edukacji starszego dziecka,  wstawałam i prosto w oczy, jawnie mówiłam to, co inni szeptali po kątach szkolnych szatni i korytarzy.

Szybciej nazwałabym siebie w tamtym momencie nie dziwaczką a naiwną idiotką, bo spodziewałam się gorącego poparcia ze strony innych, przecież mówiłam samą prawdę popartą faktami. Zderzyłam się z ciszą.

Przyjęłam cenną lekcję. Obecnie oszczędzam swoje nerwy, prawdę walę nadal w oczy tylko krócej i celniej i jeśli już naprawdę nie mogę czegoś przemilczeć. Ale wróćmy do sedna. To zdarzenie i wiele innych obserwacji skłoniło mnie do refleksji na temat dziwaków. Ten wylewny, tamten mruk, tamta ma chyba niezdiagnozowane ADHD a ta fioła na punkcie porządku. Przyjrzałam się sobie. Rozejrzałam się po rodzinie, znajomych i doszłam do wniosku, że tak naprawdę, wszyscy jesteśmy dziwakami.

Etykietkę można dostać z najróżniejszych powodów. Czytasz dużo książek - dziwaczka. Masz swoje zdanie i nie boisz się mówić publicznie - dziwaczka. Idąc ulicą nucisz pod nosem - dziwaczka. Uśmiechasz się do innych - jakaś psychiczna!

Zapadły mi kiedyś w pamięć słowa wokalistki, Miki Urbaniak. Opowiadała o swoim przyjeździe ze Stanów do Polski. Wychowała się w USA i była zaskoczona, że gdy idzie w Polsce ulicą i podśpiewuje to patrzą na nią dziwnie. W Stanach nikt nie zwracał na to uwagi.
O co tu u nas chodzi? Ciekawe, czy gdyby ktoś został nie wyróżniającym się średniakiem, to zostałby uznany za normalnego? Może...

Średniak nie wymyśli przysłowiowego prochu. Średniak nie skomponuje ambitnej piosenki. Średniak nie napisze dobrej książki. Średniak nie poleci w kosmos. Człowiek musi mieć to COŚ, co odróżnia go od innych, nie tylko niepowtarzalne DNA i odciski palców. Cechy charakteru też ma niepowtarzalne i jeśli nie uważa siebie za osobę inną, normalną, to tylko siebie oszukuje.

Miałam zaszczyt studiować na cudownym kierunku jakim jest fizyka. Stężenie ekscentryków wynosi tam prawie 100%. „Czyli to prawda, że najdziwniejsi są na fizyce?“ zapytała niedawno koleżanka. „Na początku wydają się z innej planety a potem ty przenosisz się na nią do nich i to jest świetne“ odpowiedziałam. I to prawda. Mogą tam boleśnie wytknąć brak wiedzy, ale nikt przenigdy nawet nie pomyśli, że jesteś dziwny.

Kopernik był dziwakiem. O Newtonie nie wspomnę (moja córka wytknęłaby mi już błąd, bo właśnie wspomniałam). Einstein. A Skłodowska? Nie dość, że kobieta i zamiast stać przy garach i rodzić dzieci, ta wyjechała na studia za granicę i wynalazła jakiś rad i polon!

Nie ukrywam, że jesteśmy rodziną dziwaków. Mam wielu znajomych uznawanych za oryginałów. Chociaż dotychczas tylko mój mąż ma pewne sukcesy w swojej dziedzinie zawodowej, dzieci dopiero rosną a ja raczej nie liczę na literackiego Nobla, bo jak skomentował jeden znajomy - „Sądząc po ostatnim nagrodzonym, Zenek Martyniuk stoi daleko przed nami w kolejce“ - cieszę się jak cholera, że doświadczam tej dziwności. Może nie zapiszę się w annałach historii, ale przynajmniej mam ciekawe życie.

I wiecie co, dajmy sobie spokój. Uznajmy „dziwactwa“ za normę i żyjmy dalej spokojnie.