środa, 1 kwietnia 2020

Bunkry naszych dzieci


Lubię ogólny ład, chociaż staram się nie być drobiazgowa, więc na początku ustalmy fakty. Nie jestem pedagogiem ani psychologiem. Wszelkie wnioski wyciągam głównie na podstawie własnych doświadczeń i obserwacji bliższego i dalszego otoczenia. Przedstawiam temat bez zbytniego zagłębiania się, ale dlatego, aby każdy sam mógł wgryźć się głębiej, wykonać własną pracę, bez podawania wszystkiego na talerzu, bo wtedy człowiek lepiej się uczy i zapamiętuje lekcję. Podaję fakty z własnego życia, ale tylko informacyjnie, żeby nakreślić tło mojego toku rozumowania. Taka jestem - uczę się głównie na sobie, życie ze mną eksperymentuje (jak zresztą z każdym), więc obserwuję, wyciągam wnioski, a czasem (nie oszukujmy się, czasem to tylko taka kokieteria, często to robię) sama robię doświadczenia i również obserwuję i wyciągam wnioski. Proszę o nie litowanie się nade mną, bo tego oczekiwałam 20 i więcej lat temu, gdy byłam bardzo młoda i patrzyłam na świat przez dziurkę od klucza. Teraz patrzę na niego przez średniej wielkości okno. Nadal widzę tylko jakąś część, ale jednak zdecydowanie więcej niż kiedyś, więc wiem i rozumiem więcej.
Skoro wstęp mamy za sobą, przejdźmy do właściwego tematu.

Inspiracją do dzisiejszego tekstu były wiadomości od nauczycieli moich dzieci. Na początku patrzyłam na to jednostronnie, potem koleżanka nakreśliła mi sprawę z drugiej strony - pedagogów postawionych przed sytuacją, której nikt nigdy nie ćwiczył, ale zdalne nauczanie to jedno, inną sprawą są absurdalne żądania urzędników, którzy naciskają sięgając po argumenty finansowe i wymuszają na nauczycielach, często, dość absurdalne działania, ale to temat na inny tekst, którego nie dźwignę ze względu na to, że w nim nie siedzę i nie mam dostatecznie dobrego spojrzenia.
(Dzięki Kalu, dało mi to do myślenia.)

Jeśli ktoś czytał moje dawne felietony, wie, że źle znoszę czas edukacji moich dzieci. Nadal nie mogę się temu nadziwić, bo swoje lata szkolne wspominam bardzo dobrze. Jak widać, perspektywa ma ogromne znaczenie we wszystkim. A może jednak kiedyś było inaczej? Latami wypracowuję sobie dystans i różne mechanizmy, które pozwolą przejść przez ten okres spokojniej i bez większych strat, ale jednak coś mnie kłuje w oczy. Pomijam sam system obecnej edukacji. Chcę skupić się na ogólnym trendzie psychologiczno-pedagogicznym, który obserwuję chyba przynajmniej od czasu, gdy urodziły mi się dzieci, a na pewno, gdy poszły do placówek opiekuńczo-wychowawczych i edukacyjnych.

Szklany klosz 

Rozumiem potrzebę chronienia potomstwa lub - ogólnie określając - dzieci, czy to naszych własnych, czy patrząc z perspektywy społecznej - najmłodszych pokoleń. Jest to tak silnie zakorzenione w człowieku, że nawet ja, rozsądnie i nieco inaczej patrząca niż większość (tak mi się przynajmniej wydaje), mam z tym czasem problem. Miałam okazję zaobserwować, że nie tylko my, dorośli, tak mamy. Gdy mój syn miał około 1,5-2 lata, więc niby nie rozumiał zbyt wiele, bawił się, a ja oglądałam “jednym okiem” serial “Dr House”. Kto oglądał, ten wie, ile było tam dość mocnych procedur medycznych i dramatów, więc obserwowałam, czy moje dziecko na to reaguje, ale nie. Syn nie przejawiał jakiegokolwiek zainteresowania (bawił się, nie patrząc w ogóle w monitor), więc pozwoliłam sobie od czasu do czasu oglądać przy nim. Pewien odcinek wybił mnie skutecznie z tej pewności. Pacjentem było małe dziecko, niemowlę. Mój syn zaczął nagle płakać patrząc na to, co dzieje się w serialu (reanimacja), więc nigdy więcej nie oglądałam tego typu filmów przy nim i zyskałam pewność, że los małych dzieci porusza nie tylko dorosłych. 

Moje dzieci są obecnie w wieku nastoletnim. Starsze przerosło mnie i swojego ojca i jest w wieku, gdy ja straciłam swojego tatę. Nagle. Do niedawna myślałam, że bez żadnego ostrzeżenia. Wyszedł niby zdrowy, uśmiechnięty i nie wrócił. Jedyny żywiciel rodziny. Osoba, która najbardziej okazywała mi, jak bardzo mnie kocha i jak bardzo interesuje ją to, co robię, jak sobie radzę. Teraz ten dzień widzę jako granicę mojej beztroski i nagłej dorosłości, chociaż w zwykłym tempie życia nie było aż tak gwałtownej zmiany, bo została mama, ale jednak musiałam szybciej stać się samodzielna niż wtedy, gdyby mój ojciec żył dalej.
Pozostawiło to we mnie głęboki ślad rzutujący na wychowanie moich dzieci. Nie jest to złe, ale trzeba umieć nad tym panować, aby nie przesadzić w drugą stronę. Otóż, wychowuję swoje dzieci (odpowiednio do ich wieku), aby były bardziej samodzielne, bo mam świadomość, że rodzice nie są wieczni. Są szczęściarze (wiedzą to i doceniają lub często jednak nie), którym rodzice towarzyszą do późnych lat, ale nie można zapominać o tym, że życie to życie. Przyszłość nigdy nie jest znana.

W naturze, wśród zwierząt, młode są odpowiednio wychowywane i stawia się przed nimi wyzwania, często dość brutalne z punktu widzenia tzw. cywilizowanego człowieka, np. ptak - rodzic wypychający z gniazda (z więc z wysokości!)swoje dziecko, które nigdy nie latało, ale było przez długi czas do tego przygotowywane. I tak było w ludzkim świecie. Życie i śmierć były ze sobą silnie splecione. Trzeba było mieć kombinację różnych cech i dużo szczęścia, aby przetrwać. Strata to zawsze strata i boli tak samo, ale rodzice, w trosce o przyszłość swoich dzieci, hartowali je.
Nagły rozwój techniki i medycyny, a potem psychologii i pedagogiki zaczął to zmieniać. Cieszę się ogólnie z wielu postępów nauki. Cenię sobie wiedzę psychologiczną, którą staram się zdobywać na własny użytek, bo łatwiej postępować z czymś, co się chociaż trochę rozumie (szczególnie z własnym umysłem), ale wybaczcie, mam wrażenie, że w pewnym momencie zaczęliśmy się cackać ze sobą.

Jeśli obecnie nauczyciel pisze do mnie wiadomość “dlaczego dziecko nie oddało/przysłało zadanej pracy”, mam ochotę odpowiedzieć w pierwszym odruchu - zapytaj dziecka, a nie mnie, bo swoją formalną edukację zakończyłam prawie 20 lat temu i nie muszę tłumaczyć się już z takich rzeczy. 
Syn będzie miał słabą ocenę z polskiego, bo, za przeproszeniem, olewa sobie prace? Trudno. Zepsuje sobie świadectwo z końca szkoły podstawowej, ale cóż, opowiadałam mu o konsekwencjach już dawno temu i od czasu do czasu przypominam, a wydaje mi się, że jednak proces myślowy nie jest mu obcy.
Córka będzie mieć niedostateczny z WF-u, bo nie rozlicza się z ćwiczeń? Trudno. Będzie słabsze świadectwo.
Mają warunki, czas, niezbędne urządzenia żeby wykonać to, czego się od nich wymaga.
Dlaczego tak? To jeden z ostatnich momentów, aby dać odczuć dzieciom konsekwencje ich postępowania na własnej skórze bez ogromnych strat. Tak trochę po żołniersku, krótko i na temat, bo to najbardziej do nich trafia.
Olałeś pracę - niedostateczny, bo masz, na co zasłużyłeś.
Akcja - reakcja.
Przyczyna - skutek.

Jako rodzic mogę wspierać, motywować, ale nie będę tłumaczyć się za dziecko, nie będę odrabiać lekcji i biegać z terminarzem pilnując, kiedy co mają oddać. Skoro nie chcą już, żeby nazywać je dziećmi, mają wszelkie pomoce i warunki, o jakich nawet nie śniliśmy z mężem (jak wielu z nas), niech więc pilnują własnych spraw, obowiązków i rozliczają się z nich lub odczuwają na własnej skórze konsekwencje własnych decyzji i czynów. 
Rozumiem ogólnie, dlaczego nauczyciele do mnie piszą, ale uważam, że jako społeczeństwa końca XXI wieku zbudowaliśmy naszym dzieciom zbyt grube klosze ochronne. Widać to chociażby po postawie roszczeniowej rodziców wobec nauczycieli, ale i po postawie pedagogów wobec rodziców podobnych mnie, którzy w trosce o przyszłe, dorosłe, a nie teraźniejsze dobro swoich dzieci, nie chcą w pełni uczestniczyć w życiu szkolnym prowadząc swe dziecko za rączkę, gdy ma więcej niż powiedzmy 9 lat.

Nauczyciele, narzekacie, że dzieciom nic się nie chce. A jak ma się chcieć, skoro są we wszystkim wyręczani? Skoro dorosłemu chłopu lat 18 starsi robią kanapki, żeby “dziecko się nie skaleczyło”? Skoro rodzice pod, świadomym lub nie, naciskiem szkoły, pomagają lub odrabiają za swoje dzieci lekcje, robią prace na konkursy itp. itd.? 
Wiem, że nie chodzi tylko o Was, ale nas wszystkich, cały system jaki zbudowaliśmy - syci w czasach dobrobytu. Wyniki, osiągnięcia, rankingi i ciągły, sztuczny wyścig.
Obecnie widzimy, jak cienka linia dzieli nasz sztucznie zbudowany świat od prawdziwego życia, natury. Wystarczyła rzecz, której nie można dostrzec nawet zwykłym, szkolnym mikroskopem, żeby zawaliła się większość. Poległy nasze plany, nasze codzienne życie musiało szybko się zmienić. Trudno przewidzieć nawet najbliższą przyszłość. Niby brzmi ponuro, ale to po prostu życie i do takich różnych, życiowych tąpnięć powinniśmy przygotowywać nasze dzieci, bo teraz zmierzamy w kierunku tworzenia wątłych mimoz. Fizycznych i psychicznych. 

My, dorośli, nie jestesmy wieczni. Nie będziemy ciągle prowadzić młodszych za rączkę. Kiedyś będą musieli iść sami, a co więcej, będą musieli prowadzić młodszych, a potem uczyć ich samodzielności, aby ci następni prowadzili kolejnych, uczyli i tak aż do czasu, dokąd będzie istnieć ludzkość.
Rozumiem, że serce boli, gdy upadają, ale tak ma być. Rozumiem, że chcielibyśmy pochwalić się dobrymi świadectwami naszych dzieci, ich pracą, ale mam radę, z której nie trzeba, ale można skorzystać. Chwalcie się swoimi dokonaniami. Bo czy to są naprawdę ich świadectwa, jeśli ciągle angażujemy się od podstaw w ich naukę? 
Pozwólmy im uczyć się ślizgać na lodzie i upadać, gdy mamy ten lód i ich samych w zasięgu naszego wzroku.

Usuńmy w końcu ten przesadnie gruby klosz, jaki zbudowaliśmy naszym młodym zanim urośnie do grubości bunkra, który kiedyś ktoś zburzy i całe te ciężkie szkło zwali im się na głowę. 


wtorek, 11 lutego 2020

Co słychać?



„Co jest z tym pytaniem nie tak?” próbowałam ustalić od bardzo wielu lat. Właściwie od jakichś 25.
Zbyt ogólnikowe. Zbyt łatwo rzucane. Jakieś takie…
Właśnie, jakie?

Irytowało mnie, drażniło. Wparowywało w moje życie jak stryjna Jankowa w czas świniobicia za życia moich rodziców w zamierzchłych dla większości latach 80 XX wieku.
[Moi rodzice nigdy nie mówili, kiedy będzie u nas świniobicie. Głównie z powodu stryjecznej ciotki, która wpadała niespodziewanie wtedy do nas z pobliskiego miasteczka i milcząco wyłudzała od mojej mamy najlepsze kawałki mięsa. Stryjna nie bywała u nas często, ale gdy trwały czynności przy świni, nagle zatrzymywał się autobus przed naszym domem, a ten był pomiędzy odległymi przystankami, otwierały się drzwi i wysiadała ONA.
„Ta to ma nosa” kwitował z rezygnacją mój ojciec.
Dla przypomnienia dodam, że wtedy telefony były rzadkością. Nikt nie śnił o czymś takim jak komórka, internet i wszelkie messengery.]

Na „co słychać?” na początku odpowiadałam dość chamsko, wyłapując z tła dźwięki i odpowiadając pytającemu zgodnie ze stanem faktycznym. Taka moja faza trwała długo, aż część osób przestała pytać (i dobrze). Zawsze miałam duży kłopot z taką indagacją. To zapytanie wprawiało mnie w duże zakłopotanie, no bo jak odpowiedzieć komuś w jednym zdaniu i zawrzeć wszystko, co dla mnie ważne, a co zdarzyło się od ostatniego spotkania, które zazwyczaj było kilka lat wcześniej? Taka kondensacja przekraczała moje możliwości.
Nie miałam innego wyjścia. Aby nie być chamską (okres młodzieńczego buntu na szczęście kiedyś się kończy, nie szkodzi, że czasem w okolicach trzydziestki), korzystałam z amerykańskiego „dziękuję, w porządku”, co pozostawiało we mnie rozdrażnienie, ale wolałam uciąć temat i nie myśleć nad innymi odpowiedziami.
Ostatnio tego trupa z szafy wyciągnęła moja znajoma i jestem jej w sumie wdzięczna, bo tym razem chyba dotarłam do sedna.
Znajoma zadała mi to pytanie kilka dni temu w sms-ie, a że od dawna nie korzystam z chamskiej wersji odpowiedzi i znajomą dość lubię, więc odpowiedziałam, jak mogłam najlepiej.

Myślę, że odpowiedź na „co słychać” jest szczególnie trudna dla introwertyka. Introwertyk jest osobą, która głównie żyje wewnątrz, w swojej głowie. Oczywiście ma życie zewnętrzne, jakie tylko sobie zapragnie i zdoła zrealizować, ale najwięcej dzieje się w głowie. Nie chodzi o coś takiego jak schizofrenia. Absolutnie! Odkąd mamy badania pozwalające na obrazowanie pracy mózgu, naukowcy zauważyli, że mózg introwertyka wykazuje aktywność bioelektryczną bez względu na to, czy taka osoba pracuje, czy odpoczywa.

„Co słychać?”
„Aaa, pracowałam nad sobą i zmieniłam takie i takie zachowanie, bo zauważyłam, że to mi nie pasuje do spójnej całości. Znacznie lepiej się teraz czuję, a najbliższym też jest ze mną lżej.”
„Co słychać?”
„Wymyśliłam wiele świetnych tematów do pisania! To nic, że jeszcze ich nie zrealizowałam, tylko zapisałam, ale są! >>Leżą<< w notatniku i czekają.”
„Co słychać?”
„Znalazłam przynajmniej 5 leczniczych zastosowań pewnej mieszanki olejków eterycznych! Zupełnie innych niż osoby, która je opracowała! Są super!”
(Mogę tak długo.)

Rozumiecie? Nie wakacje na Bali, nie nowy samochód, super chata i czerwone paski na świadectwach dzieci.
[W tym momencie chciałam błysnąć humorem i napisać, że nie byłam na bali, bo nie mogłam się na nią wdrapać, ale mój wewnętrzny purysta językowy nakazuje, że jednak mówi się „bela słomy” a nie „bala słomy”.]
Owszem, mam swoje życie, które jest bardzo fajne. Problem w tym (dla innych, bo osobiście jestem bardzo zadowolona), że lubię życie poukładane, więc dla większości ludzi nie jest dość ekscytujące.
Ostatnio odpowiadałam zgodnie z prawdą, że na zewnątrz niewiele się chyba zmieniło, ale wewnątrz… Jest moc! Mam wrażenie, że równie dobrze mogłam powiedzieć np. „spaghetti z mąki pszennej gotowane 8 minut.” Może wtedy ktoś zainteresowałby się, dlaczego 8 a nie 10 minut. Lub 7. Ale taki mniej więcej był oddźwięk.

Chyba już wiem, co jest nie tak z pytaniem „co słychać”.
Znajoma, gdy jej szczerze odpowiedziałam, zamilkła. Nie było żadnego „ale fajnie”, „świetnie”, „ciekawe” lub "nieciekawie", "słabo", "nuda" itp. itd. Nie było NIC.
Mój introwertyczny mózg zajął się „co słychać”, przeanalizował różne znane zachowania i wyciągnął wnioski.
I chyba prawda jest taka, że tych, co pytają „co słychać”, tak naprawdę to nie obchodzi. Ludzie, którzy chcą być ze mną blisko, którzy są blisko, nawet po latach braku kontaktu, nie pytają w ten sposób. Inicjują rozmowę inaczej i dowiadują się. Przepraszam, ale moim zdaniem, „co słychać” jest takim zagajeniem na odp***dol. „Tak naprawdę mnie to nie obchodzi, ale chyba coś wypada powiedzieć/napisać.”

Postanowiłam, że na „co słychać” nie będę nic odpowiadać. Skoro pytającego nic to nie obchodzi, to szkoda mi czasu na wymyślanie, jak przekazać ten cały ogrom w jednym zdaniu (lub nawet kilku). Rozumiem, że moje wewnętrzne (i zewnętrzne również!) życie może nie być dla innych ciekawe. Nie ma problemu, naprawdę to rozumiem. Wystarczy, że dla mnie jest, bo to ja nim żyję. Parafrazując piosenkę Pawła Domagały:

Weź nie pytaj…
Mam największą przygodę jaką
Zesłał mi Pan - swoje życie (Alleluja!)
Ja się nie nudzę...


Jeśli interesuje Was naprawdę, co się u mnie dzieje, chcecie w to na chwilę wejść, nie pytajcie „co słychać”, bo nastanie cisza. Właściwie to możemy również pomilczeć, lubię ciszę :)



środa, 3 stycznia 2018

Mniej znaczy więcej


Wielu ludzi obecnie robi bilans tego, co działo się w 2017 roku, robi również plany na 2018, a we mnie
tkwi jeszcze czas świąteczny, bo chcę wyrazić protest przeciwko wysyłaniu szybkich życzeń.
“Klik, klik” i poszedł gif z messengera lub innego komunikatora. Czy naprawdę o to chodzi?


Ubiegły rok wywrócił w pewnym sensie moje życie do góry nogami. Mam problem z oceną,
czy był dobry, czy zły, bo nie pamiętam, kiedy ostatnio dostałam tyle kłód pod nóg jak to się działo
od 3 stycznia 2017. I co gorsza, mam wrażenie, że to jeszcze trwa. Przejście przez linię zmianę daty
na 2018 nie zakończyło magicznie moich zmagań z przeciwnościami losu. Cóż, życie to nie magia.
Z drugiej strony mam wrażenie, że jak dotychczas, na tych przeszkodach wybijam się i wychodzę
z opresji jako ulepszona wersja siebie. Być może procentuje doświadczenie gry w brydża,
bo staram się grać najlepiej jak potrafię kartami, które dostaję. Było kilka przypadków, gdzie dostałam
najgorsze karty. I mimo to wygrałam. Oby tak dalej.


Wróćmy jednak do życzeń. Od początku tej trwającej rewolucji mam poczucie, że mam mało czasu.
Dopiero wtedy zaczęłam zauważać jak mi go bardzo brakuje, zmieniły mi się priorytety.
Może rzeczywiście mam go mało, bo człowiek nie może nigdy być pewnym dnia ani godziny.
Staram się żyć tak, jakby miał to być mój ostatni dzień.


Narzędzie dla mnie ma zawsze ładunek obojętny. Nóż jest głównie po to, aby ułatwiać nam życie.
Ktoś wyobraża sobie życie bez noża? Ale również może zabić, to zależy od intencji człowieka,
który go trzyma. Sama rzecz jest obojętna.
Cieszę się, że są media społecznościowe, bo dają szansę odnalezienia osób z przeszłości,
szybszą komunikację ze znajomymi. Filtry, nakładki, skrypty skracają czas na obrobienie zdjęcia.
Szybko możemy wrzucić coś bardziej efektownego. I dobrze. Czas jest ważny. Jeśli można
go oszczędzić, czemu nie? ALE…


Nadal wysyłam sporo kartek świątecznych, tzw. tradycyjnych. Chociaż mam wadę odkładania wielu
rzeczy na ostatnią chwilę i potem próbuję nadrobić stracony czas, to jednak staram się, żeby moje
życzenia były osobiste. Wypisywanie kartek zajmuje mi znacznie więcej czasu, bo raczej nie podpisuję
się pod gotowcami, chyba że wysyłam życzenia komuś, kto przysyła mi takie kartki “gotowce”,
więc może nie powinnam, ale odpłacam pięknym za nadobne (wiem, to wyraz braku logiki
i konsekwencji, ale jestem człowiekiem i miewam wady). Jednak do większości ślę życzenia osobiste.
Siadam nad kartką, myślę o tej osobie i piszę. Lubię pisać znacznie bardziej niż mówić, dlatego
nie lubię składać życzeń mówionych, bo lubię mieć czas na pomyślenie o tej osobie i o tym, czego
może potrzebować.


Wujek Kazimierz nigdy nie wysyła nam kartek świątecznych, ale dzwoni. Świetnie to działa, bo jemu
lepiej wychodzi mówienie, a mnie pisanie. Zawsze, gdy dostanie kartkę, dzwoni.
Mówi, że “nooo, życzenia to mi napisałaś taaakie prawdziwe i konkretne”. Napisałam, bo chociaż
nie łączą nas więzy krwi, wuja Kazimierza bardzo cenię i lubię, i staram się wygospodarowywać
kilka chwil żeby pomyśleć o nim, dać znać, że myślę, również w taki sposób poświęcić mu swój czas.


Wiele osób jest w mojej głowie i sercu. Myślę o nich codziennie i żałuję, że muszę wybierać,
bo czas nie z gumy, więc wiele osób może odczuwać, że zbyt rzadko kontaktuję się z nimi.
Mam wrażenie, że przed erą internetu było to prostsze. Mieszkaliśmy w jakiejś społeczności,
byliśmy zżyci z ludźmi będącymi blisko. Teraz są komputery, które mamy zawsze przy sobie,
bo teraz prawie każda komórka jest bardzo dobrej klasy komputerem. I co? I mam wrażenie,
że rozcieńczyliśmy wiele istotnych rzeczy, zwłaszcza kwestię relacji międzyludzkich. Nie umiemy
odnaleźć się w globalizacji, określić priorytetów. Wiem, sama mam z tym często problem.


Pisanie zawodowe uczy mnie ciągle dyscypliny. Nie mogę uprawiać wodolejstwa, więc będę się
streszczać. Do czego zmierzam? Do wielu rzeczy, ale może krótko napiszę, że nie wiem, czy mam się
cieszyć, czy złościć, gdy dostaję życzenia świąteczne lub noworoczne od osoby, która wydawała mi się
duchem. Nie zadała sobie trudu, aby wcześniej dać jakikolwiek sygnał, że o mnie myśli, nawet głupiego
“lajka” pod jakąś treścią na fb. Naprawdę mam baaardzo mieszane uczucia i bardziej skłaniam się
ku twierdzeniu, że podstawianie szablonu w komunikatorze i szybkie “klik, klik, klik” to jedno
z przekleństw naszych czasów.


Powtarzam, że czas nie z gumy, a właściwe podtrzymywanie relacji międzyludzkich wymaga pewnej
dozy czasu i uwagi, którą dajemy komuś. Zazwyczaj mamy grono bliskich znajomych, dalszych
i kontaktów sporadycznych. I to jest zdrowe, normalne. Tak więc lepiej może skoncentrować się na nich
i zamiast mechanicznego przesyłania życzeń całemu światu, lepiej poświęcić czas swoim bliskim
znajomym.


Nie zależy mi na mechanicznych życzeniach. Specjalnie ukryłam datę swoich urodzin żeby
nie dostawać życzeń za pomocą fejsowych automatów. Może kogoś to satysfakcjonuje, ale mnie
akurat drażni, bo wolałabym cokolwiek, ale z pierwiastkiem osobistym. Krótko, bo ten nieszczęsny
czas nie z gumy, ale z jasnym sygnałem, że ktoś poświęcił mi ciutkę więcej czasu niż tylko
mechaniczne “klik, klik” dlatego, że komunikator ma szybki sposób przesyłania życzeń.

Dlatego raczej nie odpowiadam na mechaniczne życzenia. Że zniechęcę kogoś na przyszłość?
Do czego? Do ominięcia mnie przy kolejnym “klik, klik” w wyślij? Tak to można składać życzenia
biznesowe, gdzie wysyła się zwyczajowe teksty do klientów i partnerów. Jednak firmy często dbają
żeby to było coś wyjątkowego, wyróżniającego się, wychodzącego przed pewien oklepany standard.
A co mówić o prywatnych relacjach międzyludzkich?

wtorek, 7 listopada 2017

"Sportówka" i obleńce


Zapisałam dziecko do nowej szkoły, do zwykłej klasy. Gdy przyszliśmy 4 września na rozpoczęcie roku, okazało się, że to klasa sportowa. Poczułam się oszukana.
Nie pisałabym tego tekstu, gdyby nie komentarze typu:

Najlepiej zrobić lekcje gry na komórkach, mama będzie szczęśliwa, dziecko niespocone. I tylko czekać na rozmiar ubrań 3XL!!!”

To wypowiedź pana, który nie zna mnie, mojego dziecka, nic o nas nie wie i leci stereotypami. Osobiście ubolewam nad małą ilością ruchu wśród ludzi, a szczególnie dzieci, bo wielokrotnie odczułam na własnej skórze, że ruch to rzeczywiście zdrowie - zdrowszy narząd ruchu - mniej problemów z kręgosłupem i stawami, mniejsze ryzyko chorób cywilizacyjnych, a przede wszystkim znacznie lepsza odporność.
Chociaż na to nie wyglądam, aktywność ruchowa towarzyszyła mi od dzieciństwa. Rower i wszelkiego rodzaju piłka - od nożnej przez piłkę ręczną, siatkówkę i koszykówkę to mój konik od szkoły podstawowej, co zawdzięczam swoim ówczesnym nauczycielom w-f. Potrafili skutecznie zachęcić, nigdy nie zmuszali. O moim koniku na punkcie piłki niech świadczy to, że mając dożywotnie zwolnienie z w-f od V klasy podstawówki, po ogromnej kontuzji biodra, kilku operacjach i długiej rehabilitacji, jeździłam od VII klasy na zawody grając w piłkę ręczną. A rower śnił mi się po nocach i błagałam ortopedę, aby pozwolił mi w końcu jeździć.

Zachęcałam dzieci do aktywności ruchowej. Rower, taniec, rolki, czas spędzany na podwórku. Dzieci dodatkowo zainteresowały się jedną ze sztuk walki i z własnej inicjatywy chodzą na wyczerpujące treningi. Nie chucham na dzieci i nie wychowuję ich pod kloszem. Są odporniejsze niż rówieśnicy.

Sytuacja ze szkołą boli mnie z kilku powodów. Przede wszystkim straciłam zaufanie do dyrekcji, która bez odpowiednich testów, wymaganych badań, a przede wszystkim chęci części rodziców i samych dzieci stworzyła klasę sportową. Nie byłoby problemu, gdyby w szkole była klasa równoległa, zwykła, do której można byłoby przenieść dziecko. Takiej klasy jednak nie ma.
Uważam, że dobre życie to swego rodzaju równowaga. Jeśli są ludzie, którzy chcą budować swoją przyszłość na sporcie, OK, to ich sprawa, niech budują. Jednak są dzieci, które mają inne zdolności, chociaż mają również predyspozycje do sportu. A co, jeśli dziecko jest uzdolnione matematycznie, przyrodniczo lub bardzo dobrze się wysławia i ma zdolności językowe? Nauka, pogłębianie wiedzy wymaga czasu. Klasa sportowa ma 10 godzin tygodniowo lekcji w-f, o 6 godzin więcej niż klasy normalne. Nie znam realiów, ale w przyszłości, przed ważnymi turniejami zapewne wzrasta ilość treningów. Nie ma problemu, jeśli dziecko chce iść w kierunku sportu, ale moje nie chce. Woli pojeździć na rolkach, a potem poczytać książki, spędzić czas w sferze swoich zainteresowań, odrobić spokojnie lekcje i pójść na trening z dyscypliny sportowej, która dziecko INTERESUJE, a szkoła nie ma jej w programie swoich zajęć.

Bądźmy praktyczni. Czas nie jest z gumy. Nie sposób przytłoczyć dziecko ilością zajęć, a za kilka lat zastanawiać się, dlaczego wylądowało w szpitalu psychiatrycznym. Ważne jest rozpoznanie mocnych stron i delikatne ukierunkowanie w odpowiednim kierunku. Należy również pamiętać o najważniejszej zasadzie - z niewolnika nie ma robotnika. Jeśli dziecko nie przepada za siatkówką, to zmuszane do jej trenowania nabierze tylko wstrętu i nawet jako dorosły człowiek, będzie omijać szerokim łukiem.

Cieszę się, że Dzień Dobry Białystok podjęło temat klas sportowych. Nie byłam spiritus movens tego tekstu, widocznie było więcej wkurzonych rodziców. I słusznie, bo sprawa po prostu śmierdzi. Tak się nie robi. Nie stawia się ludzi pod ścianą i nie informuje na początku roku, że, ups, klasa jest sportowa! No przecież nic się nie stało!
A odpowiednie testy kwalifikacyjne, badania lekarskie? A sama chęć dziecka lub rodzica? Nie mówię o tym, że w klasie są dzieci, które są zwolnione z ćwiczeń wysiłkowych z powodu rzeczywistych chorób, a nie widzimisię rodziców.
Kolejny raz szkolnictwo pokazało, gdzie ma dzieci i ich rodziców. Co jak co, ale wiedzą doskonale, gdzie najczęściej bytują obleńce.

Wszystkich, którzy obrzucają błotem rodziców nie wyrażających chęci uczenia się dziecka w klasie sportowej zapraszam do nas. Stworzycie typową klasę sportową, a nasze dzieci będą mogły uczyć się w zwykłej, gdzie będą miały czas rozwijać swoje zdolności inne niż fizyczne. Moje dziecko będzie mieć chęć i energię, aby wsiąść ze mną na rower i pojechać na wycieczkę. Dla przyjemności, a nie dla pucharów.

(zdjęcie: pixabay.com)

piątek, 15 września 2017

Psuje się? Na śmietnik!



Pan mechanik przyjechał do mojej, w pełni mechanicznej pralki automatycznej. Gdyby zastosować taki przelicznik lat jak przy zwierzętach, pralka miałaby zapewne 150 “pralczych” lat albo ho, ho i jeszcze trochę.
W swoim pralkowym, 16-letnim życiu, licząc po naszemu, przeżyła kilka przeprowadzek, opiera dwójkę dorosłych i dwoje dzieci. Dotychczas miała tylko wymienianą grzałkę i łożyska, które można wymienić, bo ma nieklejony bęben (w nowych pralkach nie uświadczysz podobno). Kosztowało to mniej niż połowa najtańszej, nowej pralki, więc rzecz opłacalna.

  • Panie, ile dałby pan jej gwarancji, tak patrząc po jej środkach? - pytam fachowca.
  • Trudno powiedzieć, ale więcej niż na nową - odpowiedział.

Zadumałam się, bo bardzo brakuje mi sprzętów, które nie psuły się latami, a jeśli się psuły, to można było naprawić je przysłowiowym kawałkiem drutu i śrubokrętem, tak jak moją pralkę. Rozumiem, że teraz rządzi elektronika i często bardziej opłaca się wyrzucić starą rzecz i kupić nową niż naprawiać starą. Z różnych źródeł docierają informacje, że producenci specjalnie projektują dany przedmiot tak, żeby wysiadł po upływie gwarancji. A to cieńszy drut, który obniża żywotność o kilka lat, a to to, a tamto.
Niedawno wybierałam materace do spania dla dzieci, a że kupowałam je od miejscowego producenta, miałam okazję porozmawiać na różne tematy.
Pani pokazała mi pewną rzecz. W materacach, gdzie są sprężyny kieszeniowe, każda z nich jest w oddzielnej poszewce z włókniny. Pewna ich ilość połączona jest w jeden segment, który ma szwy na dole i na górze. Pani pokazała mi, że nad szwami zostawiają taki kołnierz, dodatkową warstwę włókniny leżącą na tej górnej i dolnej powierzchni sprężyn.

  • A wie pani, że te okładki przedłużają żywotność materaca o przynajmniej pół roku? - powiedziała uśmiechając się dość tajemniczo. - A najczęściej inne firmy ich nie dają. Nie widać tego, więc klient tego nie zauważa i nie wie, że to ma znaczenie.

Ale producenci zapewne doskonale o tym wiedzą. Taki świstek włókniny to groszowa sprawa na całym materacu, ale klient pół roku wcześniej przychodzi po nowy materac. Cwaniaki.
Nie lubię wymieniać często sprzętów domowych. Niektóre trzeba, ale bardzo wiele mogłoby służyć latami odpowiednio użytkowana i zadbana. Mam tu też na względzie, że siedzimy na kuli, która ma ograniczone zasoby, a pozyskiwanie z meteorytów to pieśń przyszłości. Miło byłoby po prostu szanować to, co mamy, tak jak robili to nasi przodkowie.
Temat rzeczy codziennego użytku ładnie komponuje się z tematyką związków międzyludzkich. Jest tak, jak z lekarzem - jest świetny do chwili, gdy zaczyna się poważniej chorować. Związki również. Jest super, gdy można razem bawić się, być, do czasu, gdy pojawi się zgrzyt lub ktoś ma problemy. Ilu ludzi dba o swoje znajomości, pielęgnuje i zostaje, gdy ten drugi człowiek potrzebuje jego pomocy? Cieszę się, że są tacy, którzy trwają na dobre i złe, ale stają się niestety mniejszością.

W ostatnich latach, co roku jest w Polsce ponad 60 tys. rozwodów. Rozwody były i będą, ale chyba nie tylko ja mam wrażenie, że zaczęły być czymś powszednim. Powody są różne i nie warto ich rozpatrywać, ale czasem mam wrażenie, że para zamiast włożyć chociaż trochę wysiłku, przepracować problem, woli rozejść się. Pal go licho, gdy nie ma dzieci, ale jednak najczęściej są i to one obrywają najbardziej.
Czasem nie ma innego wyjścia, tylko separacja lub rozwód, ale czy zawsze jest to jedynym wyjściem? “Do tanga trzeba dwojga” - to już insza inszość. Smutne jest to, że teoretycznie dorośli, dojrzali, myślący ludzie nie potrafią porozumieć się ze sobą. Kto miał niby nas tego nauczyć? Są ludzie, którzy chodzą na warsztaty z asertywności, komunikacji. Po takich zajęciach zmienia się spojrzenie, wszystko staje się łatwiejsze, dogadywanie się również. Jestem za wprowadzeniem takich zajęć w szkołach. Będzie z pożytkiem dla wszystkich.

W necie krąży pewne zdjęcie pary starszych ludzi, którzy przeżyli z sobą dziesiątki lat. Mówią, że pochodzą z czasów, gdy rzeczy się naprawiało, a nie wyrzucało.
A my, z jakiej jesteśmy gliny? Wyrzucamy na potęgę, rzucamy na potęgę. Dokąd nas to zaprowadzi? Wygodni, roszczeniowi, egoistyczni, a z drugiej strony pragnący bliskości i związków, które tak potem trwonimy.


Przecież już dziś jesteśmy rozpaczliwie samotni, a co będzie za kilka, kilkanaście lub kilkadziesiąt lat?

czwartek, 3 sierpnia 2017

Oddech Sanepidu



Nie policzę, ile nocy przepłakałam po słowach hematologa “podejrzenie leukopenii". Rano trzeba było wstać i z uśmiechem patrzeć na syna, którego dotyczyła ta diagnoza. Wiele miesięcy obserwacji, badań i strachu.
9 lat wcześniej modliłam się o cud, bo mój syn po szczepieniu od gruźlicy miał wielkiego guza, którego mieli usuwać operacyjnie. 3-miesięcznemu dziecku. Wtedy cud się zdarzył, odesłano nas z powodu świąt, a potem guz zaczął się stopniowo zmniejszać i nie zobaczyli nas już w zakaźnym.
Po każdym szczepieniu była reakcja - opuchnięta ręka, dziwna choroba kilka dni po. Odbierając kolejny telefon z przychodni dotyczący odwlekania terminu szczepienia, zastanawiam się, jaki mamy limit cudów.

Nie jestem za nieszczepieniem, mimo niepożądanych odczynów poszczepiennych (NOP) u swoich dzieci, nadal planowo prowadzałam je zgodnie z kalendarzem szczepień. Dopiero ta leukopenia mnie przystopowała.
Czy muszę dodawać, że nikt nigdy nie zgłosił żadnego NOP-u do odpowiednich instytucji?

Najczęstszym argumentem bezrefleksyjnych zwolenników szczepień, który mnie rozśmiesza, jest ten, że takie dzieci nie powinny być leczone przez publiczną służbę zdrowia. Byłam kiedyś na SOR-ze, na ogólnej sali. W pomieszczeniu przeznaczonym do reanimacji leżał pijany do nieprzytomności, zawszawiony bezdomny, zapewne nie był nawet ubezpieczony. SOR-y pewnie mają takich przypadków na pęczki. Po takim pacjencie salę trzeba porządnie zdezynfekować, zapewne procedury medyczne i środki też kosztowały. I po co to? Bo tak trzeba. A dlaczego ratujemy samobójców?
Są to skrajne przypadki, ale czasem trzeba uderzyć w wysoki ton żeby poruszyć coraz trudniejszy proces myślenia.

Zdumiewa mnie obowiązek szczepień bez brania przez kogokolwiek odpowiedzialności w przypadku powikłań. Nawet durną ulotkę apapu czytamy, a czy ktoś widział na oczy ulotkę szczepionki i miał okazję zapoznać się z działaniami niepożądanymi? Zacznijmy jednak od początku. Jak badane są nasze dzieci w celu kwalifikacji do szczepiania? Na oko. Chyba nie muszę pisać, co mówi o tym pewne powiedzenie. Każdy lekarz powinien zlecić odpowiedni panel badań, a często jest tak, że nawet pacjenta nie dotknie. Nawet dawni handlarze niewolników dotykali ludzi, a co mówić o specjaliście, w którego ręce składamy zdrowie i życie.

Inną kwestią jest polityka Ministerstwa Zdrowia obecnego rządu. Narzucając rodzicom obowiązek szczepień, jednocześnie wybrali ofertę na gorszej jakości szczepionki. Biorąc pod uwagę program 500+ i ten fakt, to jak podsuwanie deseru, na którego wierzchu są jagody. I nie wiadomo, czy to owoce jadalne, czy owoce wawrzynka wilczełyko.
Nie będę zastanawiać się, czy ktoś w ministerstwie zrobił interes życia, natomiast świetny deal zrobił koncern farmaceutyczny. Bez kupowania bloków reklam, namawiania ludzi do nabycia ich produktów. Mają pewny rynek zbytu na lata! A że ileś tam matek będzie płakać po nocach, aby rano wstać i ze spokojem mierzyć się ze skutkami takiej szczepionki, cóż, zrobi się z nich wariatki i tyle.

Miałam wujka chorego na chorobę Heinego-Medina, więc od dziecka widziałam skutki groźnych chorób zakaźnych. Chcę zaszczepić swoje dzieci, ale chce, żeby dzieci były wcześniej dobrze przebadane, a ci, którzy decydują o wyborze szczepionek, brali odpowiedzialność za działania niepożądane.
Medycyna to podobno nauka, więc dlaczego tak trudno zgłosić fakt o NOP-ie? Przecież tu chodzi chociażby o statystyki, na podstawie których wyciąga się wnioski udoskonalając badania nad kolejnymi produktami.
Nie wszyscy lekarze są ślepo zapatrzeni w środki farmakologiczne i chwała tym, którzy poświęcają swój czas i siły na szkolenie się w innych kierunkach, proponują mniej szkodliwe środki leczenia (jeśli się da). Nie mam do nich żalu, że tak cisną z tymi szczepieniami, bo co jakiś czas przychodzi taka pani z Sanepidu i ma wszystko gdzieś, u niej muszą zgadzać się tabelki i koniec.
A ty matko siwiej ze zmartwienia i płacz do woli po nocach.

Chętnie zrzeknę się pieniędzy z 500+ za przywilej decydowania o czasie szczepień swoich dzieci, co, o ironio, jest prawem rodziców w większości państw.
Pieniądze zawsze sobie zarobię, ale zdrowia i życia moich dzieci nikt mi nie odda.

niedziela, 28 maja 2017

Piórka






Nasza znajomość rodziła się w bólu. Bez nadziei. Nikomu tego nie mówiłam, ale bałam się go na początku. Omijałam szerokim łukiem, chociaż nie należę do tych strachliwych. Mieliśmy mocny epizod, gdzie posypało się drogie szkło i sprawa otarła się o policję. Wtedy myślałam, że zrobi nam coś złego, wiedział gdzie mieszkamy, ale walczyłam o swoje. Zaczęłam potem omijać jeszcze szerszym łukiem, chociaż nie było to łatwe, bo często stał ze swoim psem na jedynej drodze do sklepu, przystanku, na jedynej drodze w kierunku jednej połowy świata.


Kiedyś odezwał się do mnie. Radośnie, przy wspomaganiu z aluminiowej puszki. Odpowiedziałam z uśmiechem. Potem znów patrzył „spod oka“ i nie wiedziałam, co o tym sądzić. Kiedyś szłam do sklepu, stał na rampie ze wspomagaczem, tym razem w szkle. Nieodłączny pies, tak bardzo podobny z charakteru do swojego pana, bo nadal nie wiedziałam, co sądzić o nich i tej znajomości. Zagadkowe postaci.

Zagadał do mnie, więc przystanęłam i zaczęliśmy rozmawiać. Potrzebował tego. Rozmawialiśmy szczerze, nie owijając niczego w bawełnę, ale bardzo spokojnie. Opowiedział mi to i owo o sobie, a jemu powiedziałam o tym, że wydawał mi się dziwny, nieprzystępny. I tak sobie gawędziliśmy.


Gdy nasze przypadkowe rozmowy zaczęły się powtarzać, pomyślałam: kurczę, mam nowego kumpla! Szczery, inteligentny, ma poczucie humoru i naprawdę mnie lubi. I nie sądzę tak dlatego, że od czasu do czasu usłyszę „ale ty fajna babka jesteś“. Po prostu czuję to. Również lubię go i to bardzo. Rozumiem do pewnego momentu jego popieprzone życie (a któż ma zawsze prosto i z górki?), jeśli czegoś nie rozumiem - pewnych decyzji, motywów - po prostu pytam, a on mi odpowiada. Rozumiem jego „refleksyjne“ dni, gdy nie idzie do pracy i wpatruje się w dal, dzierżąc wspomagacz w dłoni, ale nie rozumiem, dlaczego właśnie tak je odreagowuje. Właśnie wtedy mamy okazję porozmawiać, bo normalnie to nie widać mojego kumpla, bo ciężko pracuje.
Kurczę, mam fajnego kumpla.


„Jesteście elitą tego miasta“ usłyszałam jakiś czas temu na pewnym spotkaniu. Nie, słowa te nie były kierowane do mnie, ale gdyby nawet, to i tak, mam nadzieję, chciałoby mi się śmiać.

„Dziecko, pamiętaj, czy będziesz bardzo bogata, czy biedna, i tak wszystkich czeka taki sam koniec. Przyklepią ziemią i tyle. Zawsze patrz, jakim jesteś człowiekiem. Żeby nikt przez ciebie nie płakał.“ - tak mówił do mnie często mój tata. Mama mawiała podobnie. Oboje postępowali w życiu tak, że było to spójne z ich słowami. Mamie czasem wyrwało się z wyrzutem do taty „bo ty to innym załatwisz, a sobie co?“, ale wystarczyło, że ktoś potrzebował pomocy, robiła co trzeba bez słowa.


Miałam pewną koleżankę. Na początku wydawało mi się, że to bratnia dusza. I mieszka w pobliżu! Super! Stopniowo jednak wygasiłam tę znajomość. Ona byłaby oburzona tym, że stoję sobie i gawędzę z moim kumplem, który trzyma wspomagacz w dłoni. Słyszałam od niej często, jakich to ma znajomych - prawnicy, lekarze, elita! Nie podniecało mnie to, nie mogłam opędzić się wtedy od myśli „kobieto, jakie ty sobie próbujesz leczyć kompleksy?“
Świadomie omijam takich ludzi.



Nie kwestionuję istnienia elit, ale nigdy nie będę chciała do nich należeć. Nie będę skamleć błagając o łaskawe rzucenie okiem na mą osobę i zaharowywać się po to, by raz w tygodniu pojechać na golfa, jeździć na egzotyczne wczasy, mieć nie wiadomo jaką posiadłość i całą tę otoczkę, która w ostatecznym rozrachunku nie będzie mieć znaczenia.

Jeśli gdzieś pojadę, coś zrobię, to dlatego, że chcę, a nie dlatego, że chcę się komuś przypodobać, awansować na drabince społecznej.


Z elitami jest pewien problem - często  są odrealnione. Przynajmniej tak mi się wydaje. Oczywiście nie można wszystkich wrzucać do jednej szufladki, ale ile jest tych ludzkich wyjątków, które nie chodzą z nosem wyżej czubka głowy, potrafią porozmawiać z każdym - tak normalnie?


Lubię rozmawiać z ludźmi. Potrafię, bez żadnej „krępacji“ robić to z profesorami, celebrytami, prawnikami, prezydentami (aczkolwiek mi się jeszcze nie zdarzyło), jak też panami spod sklepu, którzy grzecznie mówią mi „dzień dobry“ a ja im grzecznie odpowiadam, spokojnie tłumacząc, że owszem, mam 5 złotych, ale jak wiedzą, mam zasadę, że pieniędzy nie daję, a tym bardziej na alkohol. Kulturalnie zagadują i tak sobie chwilę gawędzimy. I przyznaję bez żadnego zaskoczenia, często są to rozmowy, które na bardzo długo zapamiętuję, bo wnoszą coś ważnego do mojego myślenia. Nie mam raczej takich odczuć po rozmowach z tzw. ludźmi z elit. Często obrośli w piórka, które przysłoniły im najważniejsze rzeczy.
Piórko „ą“ i piórko „ę“.

(źródło grafiki: www.zabki24.pl)